poniedziałek, 6 lipca 2015

ROZDZIAŁ 10

Pięć dni. Minęło pięć dni od koszmaru. Pięć dni, które spędziłam w łóżku, płacząc. Nie fatygowałam się nawet chodzeniem do szkoły. Miałam to gdzieś. Bałam się wychylić głowę z domu. Nie poszlam na randkę z Will'em tłumacząc, że jestem chora.
Charlotte o.wszystkim wiedziała. Musiałam jej się gęsto tłumaczyć, kiedy przyszłam do domu cała posiniaczona. Była na mnie wściekła, krzyczała, że mnie ostrzegała, ale ja jej nie słyszałam. Słowa do mnie nie docierały, słyszałam je jakby z oddali. Siedziałam i patrzyłam się tępo w przestrzeń. W końcu mi odpuściła ,przytuliła, próbowała nawet pocieszyć. Jednak ja nie reagowałam.
Niektórzy mówią, że czas leczy rany, że 'z czasem będzie lepiej'. Jednak to nieprawda. Czułam, jakbym z każdym dniem tonęła bardziej i bardziej. Jakby z każdym dniem było ze mną gorzej. Powoli nie wytrzymywałam psychicznie, myśli kłębiły się w mojej głowie nie dając spokoju. Ciągle żyłam w strachu przed kolejnym dniem. A co jeśli w końcu mnie znajdzie? Co mi zrobi? Dzien w dzien te same pytania pozostawały bez odpowiedzi. Zaczynałam wariowac.
Wszystkie czynności wykonywałam mechanicznie, jak robot. Moja twarz nie wyrażała żadnych emocji. Była pusta. Jednak pod spodem byłam złamana, zrujnowana. Pod spodem była dziewczyna, która nie wiedziała co to znaczy wolność. Nie chciałam już dłużej okazywac tego, jaka bylam słaba. Tamten dzień miał być przełomem..
Postanowiłam, że czas wziąć się w garść, chociaż trochę. Nie myślałam o powrocie do szkoły, ale chciałam wyjść z tego cholernego łóżka, ogarnąć się. Nie zwlekalam długo. Od razu poszłam pod prysznic, umyłam zęby i ubralam na siebie spodnie od dresu i luźną koszulkę. Włosy związałam w kucyk. Zdecydowałam, że zrobię sobie babski dzień. Zaczęłam od nakładania przeróżnych maseczek, później zajęłam się paznokciami. Nim się obejrzałam, Lottie już wróciła do domu.
-O, wstałaś? To świetnie! Jak się czujesz? Jadłaś coś, potrzebujesz czegoś?- od razu zasypala mnie lawiną pytań.
-Dobrze się czuję, jak tam w szkole?-próbowałam odwrócić jej uwagę od jedzenia. Szczerze, przez te dwa dni nie zjadłam nic, no chyba że kęs pizzy się liczy. Przyjaciółka od razu mnie rozgryzła, zmrużyła oczy i skrzyżowała ramiona. Kurwa.
-Nie zmieniaj tematu. Co dzis jadłaś?- przygryzłam wargę, ale nic nie powiedziałam. I tak by poznała, że kłamię.-Ugh... Jess, zrozum, musisz jeść!
-Ale ja nie jestem głodna- i właśnie w tamtym momencie poczułam się jak dziecko karcone przez rodzica.- Naprawdę, nie mam apetytu. Jak będę głodna, to zjem, spokojnie.
-No dobra. Słuchaj, Will się ciągle o ciebie pyta. -powiadomiła mnie łagodnie, a ja zmarszczylam brwi.
-Powiedziałaś mu?!
-Musiałam, nie wierzył w żadne moje kłamstwa! -Broniła się.
-Ugh, i co teraz?
-Nic, obiecał, że zostawi to dla siebie, ale chce cię odwiedzić. Dzisiaj. O 17:00 ma przyjsc- spojrzała na zegarek. -Czyli za jakieś pół godziny.
-Co?! O, Boże. Jak ja wyglądam, jak ten pokój wygląda! Rusz dupę i pomoz mi z łaski swojej posprzątać ten burdel! -krzyknęłam i zaczęłam zbierać ubrania z podłogi.
-Spokojnie, poradzę sobie, ty idź się ogarnąć, okay?- zaśmiała się.
-Dobraa- mruknelam i pobieglam do łazienki, prawie zabijając się o próg. Szybko rozczesalam wlosy, umylam zęby i ubralam na siebie czarne legginsy i brązowy, luźny sweter. Postanowiłam sie nie malować, bo to byłoby bez sensu. - DOBRA, JESTEM GOTOWA! -krzyknęłam triumfalnie, wpadłam do pokoju i zamarłam. Na łóżku siedział nie kto inny jak Will. Mimowolnie uśmiechnęłam się na jego widok i odrazu wbiegłam w jego objęcia. Wtuliłam twarz w jego tors, rękoma oplotlam go w pasie.
-Moja mała Jessie. Jak się czujesz? Wszystko w porządku? Schudłaś. -rzucił z naganą, na co ja ledwo powstrzymałam się od przewrócenia oczami.
-Taak, wszystko w porządku. -kłamałam. -A co u ciebie? Co cię tutaj sprowadza? -zapytałam.
-Chciałbym zabrać cię na kolację- powiedział, łapiąc mnie za ręce, podnosząc do ust i całując.-Co ty na to, królewno?
-Ja.. Okay...- zarumieniłam się. -Ale kiedy?
-Teraz, zaraz, jak się przygotujesz. Biegnij, ja zaczekam.
-Ale... Okay, okay. -westchnelam i ruszyłam do łazienki. 
Zrobiłam szybki, delikatny makijaż, włosy rozpuściłam. Podbiegłam do szafy. Nie było zbyt ciepło, więc postanowiłam założyć: (klik).
-Odwróć się. -nakazałam, a Will poslusznie wykonał polecenie z głupim uśmieszkiem na twarzy. Pośpiesznie się ubrałam, założyłam buty i oznajmiłam:
-Chodź
Spotłam nasze palce i wyszliśmy z domu.
-Wyglądasz przepięknie, kochanie.- zarumieniłam się na te słowa.
Nasza relacja byla co najmniej dziwna. Zachowywaliśmy się jak para, całowaliśmy się, obejmowalismy, jednak nią nie byliśmy.
Will zabrał mnie do przytulnej restauracji, była mała, idealna. Na każdym stoliku były porozstawiane świeczki, jedzenie wyśmienite. Przez cały wieczór Will prawił mi komplementy,
przez które  oblewałam sie rumieńcem. Mimo wszystko jednak, spędziłam wspaniały wieczór i na chwilę zapomniałam o wszystkich problemach.

2 komentarze:

  1. *-* znowu brakuje mi słów.. -,-'

    OdpowiedzUsuń
  2. Oh nie!Niech ten Will spada! :'D
    Szczerze to nagle w tym rozdziale coś tknęło mnie,że może on ma jakieś powiązania z tym je*niętym Bradem czy coś...albo że wgl on ma wobec Jess jakieś chore zamiary O.o o.O.
    No zobaczymy :-) .

    OdpowiedzUsuń